Nie ma to jak ułożyć krótkie włosy i założyć po chwili czapkę wiedząc, że trzeba będzie ją zdjąć przy ludziach. Śmiać się, płakać, czy nie ściągać czapki...
...bo założyć muszę. Zawiewa mi zawsze uszy i cierpię męki.
No ale to jest masakra w czystej postaci. Idę np do takiego marketu na dłuższe zakupy i zawsze mam dylemat, czy ocierać strużki potu płynące spod czapki, czy narażać się na spojrzenia zadziwionych ludzi, albo może bardziej właściwe będzie napisanie: narażać ludzi na spotkanie ze mną.
No niby mogłabym wziąć do torby baterię sprzętów potrzebnych do ponownego ułożenia włosów, ale nie przesadzajmy.
Dlatego między innymi nie lubię zimy.
środa, 26 listopada 2014
piątek, 14 listopada 2014
Papryczka
No niech mi ktoś powie, że warzywa są zdrowe...
Ale tak na serio, są zdrowe, tyle że w normalnej ilości. Doskonale sprawdza się powiedzenie, co za dużo, to niezdrowo.
Zarówno córka jak i synek nie lubią warzyw. Fakt, jest w tym sporo winy ich rodziców, bo do pewnego momentu mało ich było w naszym domu (w sensie warzyw a nie rodziców).
No ale od jakiegoś czasu, głównie z inicjatywy taty warzywa są stałymi gośćmi. Ostatnio z powodzeniem zakończyła się próba wprowadzenia do jadłospisu papryki. Jagodzie tak zasmakowała, że dzień później, jak tylko tata wrócił z pracy zaczęła się o nią dopominać. Efekt był taki, że zjadła całą jedną sztukę pokrojoną w paseczki. Tata niby mówił, że za dużo nie można, ale na swoim nie postawił. Ja bym się nie zgodziła, tyle że mnie przy tym nie było, bo ucięłam sobie godzinną pogawędkę telefoniczną z przyjaciółką (wyrodna matka).
W nocy miałam pobudkę z informacją: "Mamo, jest mi niedobrze, będę wymiotować".
Błoga cisza między 2.00 a 4.00 przerywana była odgłosami znad miski. Nie tylko znad miski, bo leciało na oba końce. Na czerwono, jak na dorodną paprykę przystało.
Gdy jej ostatni fragment opuścił ciało mojego dziecka nastąpił spokój na froncie. Ponieśliśmy straty ale wróg został pokonany.
Oczywiście dziecko nie poszło do szkoły, za to od rana, jak tylko się obudziło po ciężkiej nocy poprosiło o śniadanko, kanapkę z wędlinką i papryką...
Chyba warzywko na stałe zagościło w jadłospisie.
Ale tak na serio, są zdrowe, tyle że w normalnej ilości. Doskonale sprawdza się powiedzenie, co za dużo, to niezdrowo.
Zarówno córka jak i synek nie lubią warzyw. Fakt, jest w tym sporo winy ich rodziców, bo do pewnego momentu mało ich było w naszym domu (w sensie warzyw a nie rodziców).
No ale od jakiegoś czasu, głównie z inicjatywy taty warzywa są stałymi gośćmi. Ostatnio z powodzeniem zakończyła się próba wprowadzenia do jadłospisu papryki. Jagodzie tak zasmakowała, że dzień później, jak tylko tata wrócił z pracy zaczęła się o nią dopominać. Efekt był taki, że zjadła całą jedną sztukę pokrojoną w paseczki. Tata niby mówił, że za dużo nie można, ale na swoim nie postawił. Ja bym się nie zgodziła, tyle że mnie przy tym nie było, bo ucięłam sobie godzinną pogawędkę telefoniczną z przyjaciółką (wyrodna matka).
W nocy miałam pobudkę z informacją: "Mamo, jest mi niedobrze, będę wymiotować".
Błoga cisza między 2.00 a 4.00 przerywana była odgłosami znad miski. Nie tylko znad miski, bo leciało na oba końce. Na czerwono, jak na dorodną paprykę przystało.
Gdy jej ostatni fragment opuścił ciało mojego dziecka nastąpił spokój na froncie. Ponieśliśmy straty ale wróg został pokonany.
Oczywiście dziecko nie poszło do szkoły, za to od rana, jak tylko się obudziło po ciężkiej nocy poprosiło o śniadanko, kanapkę z wędlinką i papryką...
Chyba warzywko na stałe zagościło w jadłospisie.
poniedziałek, 10 listopada 2014
Rodzinne przyzwyczajenia
Moja córka ostatnio powiedziała:
-Mamo, jak tata wraca z pracy, to zawsze leży na kanapie.
Żeby nie zaszczepiać jej negatywnych skojarzeń, że faceci ciągle leżą i być w solidarności z jej tatą odpowiedziałam, że on bardzo ciężko pracuje (co rzeczywiście jest faktem, bo mi na jego miejscu od myślenia dawno już eksplodowałby mózg), więc jak wraca do domu, to musi odpocząć.
No i chyba rzeczywiście nie zaszczepiłam, bo na jednym z jej ostatnich obrazków mama jak zwykle stała przy zlewie i zmywała, ale za to tata sprzątał po obiedzie naczynia ze stołu.
Brat za to siedział pod stołem....
A ona przy komputerze...
Chyba muszę bardziej zająć się dziećmi...
-Mamo, jak tata wraca z pracy, to zawsze leży na kanapie.
Żeby nie zaszczepiać jej negatywnych skojarzeń, że faceci ciągle leżą i być w solidarności z jej tatą odpowiedziałam, że on bardzo ciężko pracuje (co rzeczywiście jest faktem, bo mi na jego miejscu od myślenia dawno już eksplodowałby mózg), więc jak wraca do domu, to musi odpocząć.
No i chyba rzeczywiście nie zaszczepiłam, bo na jednym z jej ostatnich obrazków mama jak zwykle stała przy zlewie i zmywała, ale za to tata sprzątał po obiedzie naczynia ze stołu.
Brat za to siedział pod stołem....
A ona przy komputerze...
Chyba muszę bardziej zająć się dziećmi...
niedziela, 9 listopada 2014
Szczęściara
Dzieci są rozczulające. Piszę to niedługo po tym, jak nastąpiła ta chwila rozczulenia, bo pewnie już za progiem czai się jakaś zadyma z dziećmi w roli głównej. Ale póki co, rozkoszuję się wspomnieniem błogiego ciepła w sercu.
Akcja się zdarzyła podczas wieczornego usypiania mojej córki.
Leżymy sobie i nagle Jagoda mówi:
-Ale z ciebie szczęściara mamo.
-Tak? Dlaczego?
-Bo masz taką kochaną córeczkę.
Ech...jak mi miło.
Naprawdę ze mnie szczęściara...
Akcja się zdarzyła podczas wieczornego usypiania mojej córki.
Leżymy sobie i nagle Jagoda mówi:
-Ale z ciebie szczęściara mamo.
-Tak? Dlaczego?
-Bo masz taką kochaną córeczkę.
Ech...jak mi miło.
Naprawdę ze mnie szczęściara...
poniedziałek, 3 listopada 2014
Taki męski;)
Jagoda miała dzisiaj ślubowanie pierwszoklasistów. Już po apelu wychowawczyni poprosiła o zgłaszanie się rodziców do teatrzyku szkolnego, szczególnie tatusiów do ról męskich.
Jasiek do mnie:
-Mamo, ja jestem męski.
-No jesteś, nawet bardzo.
-A przyniesiesz mi babeczkę?
...no tak, jak jest męski to i babeczkę musi mieć, nawet jeśli tylko czekoladową...
Jasiek do mnie:
-Mamo, ja jestem męski.
-No jesteś, nawet bardzo.
-A przyniesiesz mi babeczkę?
...no tak, jak jest męski to i babeczkę musi mieć, nawet jeśli tylko czekoladową...
Momenty na komplementy.
Odprowadzam dzisiaj Jagodę do szkoły i moje dziecko mówi:
-Mamo, jesteś bardzo ładna.
-Dziękuje ci kochanie, to bardzo miłe.
-Nawet z tymi zmarszczkami jesteś ładna. Jak na ciebie patrzę, to od razu się uśmiecham.
Czy to nie urocze? Widzę siebie w lustrze, wiem, jak wyglądam (niezbyt korzystnie) i potem słyszę od dziecka takie słowa.
Dzisiaj mi już lustro niepotrzebne:)
-Mamo, jesteś bardzo ładna.
-Dziękuje ci kochanie, to bardzo miłe.
-Nawet z tymi zmarszczkami jesteś ładna. Jak na ciebie patrzę, to od razu się uśmiecham.
Czy to nie urocze? Widzę siebie w lustrze, wiem, jak wyglądam (niezbyt korzystnie) i potem słyszę od dziecka takie słowa.
Dzisiaj mi już lustro niepotrzebne:)
sobota, 1 listopada 2014
Bułka z masłem
Jagoda:
-Mamo, ja będę bardzo miła dla swojego dziecka.
Ja:
-Ale wiesz, czasem nie jest to takie łatwe...
Jagoda:
-Dla mnie to będzie bułka z masłem.
Czas pokaże...;)
-Mamo, ja będę bardzo miła dla swojego dziecka.
Ja:
-Ale wiesz, czasem nie jest to takie łatwe...
Jagoda:
-Dla mnie to będzie bułka z masłem.
Czas pokaże...;)
czwartek, 30 października 2014
Szelest kartek...
Chyba każdy wie, że istnieje taka cudowna instytucja jak biblioteka. Przykrym faktem jest to, że niewiele osób z tego przybytku i skarbnicy korzysta. Ostatnio w "mojej" bibliotece wypełniałam ankietę na temat przyszłości tychże, a także oczekiwań czytelników, propozycji, księgozbiorów i takie tam. Bibliotekarka zdradziła, że jedna z pań wypełniających formularz rzuciła hasło dowozu książek do domu... czy to nie straszne?
Przecież nie ma nic piękniejszego niż zanurzenie się w regały i szperanie po półkach w celu znalezienia perełki. Poczuć książkę w ręku, przerzucić kilka stron, odłożyć, wziąć następną. To samo w księgarniach. Jak ktoś może chcieć z własnej woli pozbawić się tej przyjemności wyboru i woli zerknąć w katalog wyświetlony na ekranie monitora. Jak można z własnej woli kliknąć książkę przez internet zamiast iść poszukać jej w księgarni. No i jak można polubić ebooka?
Na czytanie składa się nie tylko wodzenie oczami w prawo i w lewo, przyswajanie tekstu, odnajdywanie ukrytych treści czy zapamiętywanie fabuły. Połowę tej przyjemności daje szelest kartek, zapach farby drukarskiej, ale też wypadająca strona, bo książka jest "zaczytana". Ja szczerze mówiąc wolę te "stare", mają duszę i pamięć o osobach, które miały je w swoich rękach, które okazały tym książkom zainteresowanie i poświęciły im swój czas, uśmiechnęły się lub uroniły łzę nad którąś ze stron.
A może warto pójść w drugą stronę, może w bibliotekach powinny pojawić się fotele, na których przysiądą na krótszą lub dłuższą chwilę osoby szukające czegoś dla siebie. Na spokojnie i wygodnie przewertują kilka pozycji. Może usiądzie tam ktoś, kto zaczaruje cię swoją historią niczym najlepsza książka, albo ktoś z ulicy wpadnie na chwilę, żeby przeczekać deszcz i znajdzie moment wytchnienia w spokojnej i cichej atmosferze. Czy takie coś nie byłoby miłą odmianą? Dla mnie na pewno.
Przecież nie ma nic piękniejszego niż zanurzenie się w regały i szperanie po półkach w celu znalezienia perełki. Poczuć książkę w ręku, przerzucić kilka stron, odłożyć, wziąć następną. To samo w księgarniach. Jak ktoś może chcieć z własnej woli pozbawić się tej przyjemności wyboru i woli zerknąć w katalog wyświetlony na ekranie monitora. Jak można z własnej woli kliknąć książkę przez internet zamiast iść poszukać jej w księgarni. No i jak można polubić ebooka?
Na czytanie składa się nie tylko wodzenie oczami w prawo i w lewo, przyswajanie tekstu, odnajdywanie ukrytych treści czy zapamiętywanie fabuły. Połowę tej przyjemności daje szelest kartek, zapach farby drukarskiej, ale też wypadająca strona, bo książka jest "zaczytana". Ja szczerze mówiąc wolę te "stare", mają duszę i pamięć o osobach, które miały je w swoich rękach, które okazały tym książkom zainteresowanie i poświęciły im swój czas, uśmiechnęły się lub uroniły łzę nad którąś ze stron.
A może warto pójść w drugą stronę, może w bibliotekach powinny pojawić się fotele, na których przysiądą na krótszą lub dłuższą chwilę osoby szukające czegoś dla siebie. Na spokojnie i wygodnie przewertują kilka pozycji. Może usiądzie tam ktoś, kto zaczaruje cię swoją historią niczym najlepsza książka, albo ktoś z ulicy wpadnie na chwilę, żeby przeczekać deszcz i znajdzie moment wytchnienia w spokojnej i cichej atmosferze. Czy takie coś nie byłoby miłą odmianą? Dla mnie na pewno.
Tylko nie pchły
W końcu podjęliśmy decyzję o kupnie psa. Zarówno dzieci jak i rodzice zbieramy naklejki za dobre zachowanie lub choćby poprawne. Każdy musi mieć 100 sztuk. Na ten cel powstała też skarbonka do której wrzucamy pieniążki za niekupione rzeczy, które do tej pory lądowały w koszyku w sklepie. Jagoda oddała dwie piątki od Wróżki Zębuszki.
Ostatnio Jasiek złapał za skarbonkę, potrząsnął nią i mówi do taty:
-Tato zobacz ile już mamy pieniążków na pieska.
Tata na to:
- No na razie to tylko na pchły starczy.
Jasiek uradowany krzyczy do siostry:
-Jagoda!!! Jagoda!!! Już uzbieraliśmy na pchły dla pieska!!!
No cóż... dziecięcy entuzjazm jest rozkoszny, nawet jeśli chodzi o pchły:)
Ostatnio Jasiek złapał za skarbonkę, potrząsnął nią i mówi do taty:
-Tato zobacz ile już mamy pieniążków na pieska.
Tata na to:
- No na razie to tylko na pchły starczy.
Jasiek uradowany krzyczy do siostry:
-Jagoda!!! Jagoda!!! Już uzbieraliśmy na pchły dla pieska!!!
No cóż... dziecięcy entuzjazm jest rozkoszny, nawet jeśli chodzi o pchły:)
środa, 29 października 2014
Czasem jest ciężko
Ostatnio ciężko mi na duszy. Dlaczego, o tym za chwilę, teraz trochę wprowadzenia.
Dzieci trzeba wspierać, dawać im dobry fundament na dalsze życie. Cieszyć się z nimi a czasem też płakać, żeby wiedziały, że nie są same. Żeby wiedziały, co to jest współodczuwanie, empatia.
Bardzo ciężko wysłuchiwać, że nasze dziecko ma jakieś problemy, że sobie z czymś nie radzi zwłaszcza, że przebywając z dzieckiem nie widzimy takiego problemu, o jakim zostaliśmy poinformowani. I teraz co? Czy to my jesteśmy mało spostrzegawczy, czy osoba, która zna nasze dziecko kilka tygodni wysnuwa niewłaściwe wnioski.
Mój syn ma 4 lata, jest chłopcem bystrym i wesołym. Chętnie się uczy, jeszcze chętniej - co oczywiste, bawi. Lubi się do mnie przytulać i zasypiać przy bajkach, które raz wybiera on a raz jego siostra. Jest naprawdę fajnym czterolatkiem. I nie jest to tylko moja opinia.
No i nagle przychodzi dzień, gdy pani z przedszkola informuje, że ten fajny chłopak ma problemy ze wszystkim, z zachowaniem, z wybuchami złości, zmianami nastroju, niewypełnianiem poleceń, ze bije, kopie i szczypie inne dzieci. Że mała motoryka leży i kwiczy a samo dziecko wykazuje zaburzenia zachowania (szumnie określane ZZ). Na koniec, chyba tylko po to, żeby matka nie poszła rzucić się z okna, że nie sprostała zadaniu, jakim jest ukształtowanie małego człowieka otrzymuje informację, ze dziecko owszem ma potencjał, nie można temu zaprzeczyć.
Gdzie jest prawda? Podobno leży po środku.
Tyle że w domu mała motoryka jest na całkiem niezłym poziomie, dziecko nieźle (jak na czterolatka) maluje, wycina nożyczkami, lepi z ciastoliny.Można się z nim dogadać, w miarę (jak na czterolatka) słucha poleceń, chociaż czasem trzeba powtórzyć kilka razy.Kłóci się z siostrą? Tak, oczywiście, myślę, że to normalne, że oboje ustalają w ten sposób jakieś granice i wzajemne stosunki. Ale wiem też, że się kochają. Ma swoje smutki, swoje radości i złości. Ale przecież ma do nich prawo! Jest człowiekiem, który okazuje emocje, czy to źle? Ma być obojętny? Takie cielę na niedzielę?
Dlaczego w przedszkolu jest inaczej? Co takiego widzi pani, znająca dziecko niespełna dwa miesiące, czego nie dostrzegam ja, mama?
I krąży mi po głowie nie dająca spokoju myśl, że zachowanie mojego syna dręczy panią, bo nie wpisuje się w wyznaczone przez nią ramy. Godzina 9.00 wszyscy muszą mieć chęć na malowanie, a o 13.00 koniecznie muszą chcieć liczyć. W przedszkolu jest prowadzony program zwracania uwagi na indywidualne potrzeby i umiejętności dziecka, ale mam wrażenie, że to tylko szumna nazwa a tak naprawdę pani chce stworzyć klony dzieci. Każde ma być takie samo.
Myślę, że dziecko jest z natury chętne do współpracy i do słuchania, tylko to dorosły musi do tego odpowiednio podejść i wejść z tymże dzieckiem w dialog. Jeśli dorosły przemawia z poziomu dorosłego, to nie ma na to szans. Trzeba być partnerem dla dziecka a nie chodzącym wszystkowiedzącym, który słowa sprzeciwu nie zniesie. Jest czas na bycie stanowczym i jest czas na ustępstwa, jest czas na konsekwencję i czas na przyznanie się do błędu.
Jedno jest pewne (pewne dla mnie, bo inni mogą mieć inne zdanie), trzeba wierzyć w swoje dziecko i wspierać i nie tylko o tym mówić ale także okazywać.
Dzieci trzeba wspierać, dawać im dobry fundament na dalsze życie. Cieszyć się z nimi a czasem też płakać, żeby wiedziały, że nie są same. Żeby wiedziały, co to jest współodczuwanie, empatia.
Bardzo ciężko wysłuchiwać, że nasze dziecko ma jakieś problemy, że sobie z czymś nie radzi zwłaszcza, że przebywając z dzieckiem nie widzimy takiego problemu, o jakim zostaliśmy poinformowani. I teraz co? Czy to my jesteśmy mało spostrzegawczy, czy osoba, która zna nasze dziecko kilka tygodni wysnuwa niewłaściwe wnioski.
Mój syn ma 4 lata, jest chłopcem bystrym i wesołym. Chętnie się uczy, jeszcze chętniej - co oczywiste, bawi. Lubi się do mnie przytulać i zasypiać przy bajkach, które raz wybiera on a raz jego siostra. Jest naprawdę fajnym czterolatkiem. I nie jest to tylko moja opinia.
No i nagle przychodzi dzień, gdy pani z przedszkola informuje, że ten fajny chłopak ma problemy ze wszystkim, z zachowaniem, z wybuchami złości, zmianami nastroju, niewypełnianiem poleceń, ze bije, kopie i szczypie inne dzieci. Że mała motoryka leży i kwiczy a samo dziecko wykazuje zaburzenia zachowania (szumnie określane ZZ). Na koniec, chyba tylko po to, żeby matka nie poszła rzucić się z okna, że nie sprostała zadaniu, jakim jest ukształtowanie małego człowieka otrzymuje informację, ze dziecko owszem ma potencjał, nie można temu zaprzeczyć.
Gdzie jest prawda? Podobno leży po środku.
Tyle że w domu mała motoryka jest na całkiem niezłym poziomie, dziecko nieźle (jak na czterolatka) maluje, wycina nożyczkami, lepi z ciastoliny.Można się z nim dogadać, w miarę (jak na czterolatka) słucha poleceń, chociaż czasem trzeba powtórzyć kilka razy.Kłóci się z siostrą? Tak, oczywiście, myślę, że to normalne, że oboje ustalają w ten sposób jakieś granice i wzajemne stosunki. Ale wiem też, że się kochają. Ma swoje smutki, swoje radości i złości. Ale przecież ma do nich prawo! Jest człowiekiem, który okazuje emocje, czy to źle? Ma być obojętny? Takie cielę na niedzielę?
Dlaczego w przedszkolu jest inaczej? Co takiego widzi pani, znająca dziecko niespełna dwa miesiące, czego nie dostrzegam ja, mama?
I krąży mi po głowie nie dająca spokoju myśl, że zachowanie mojego syna dręczy panią, bo nie wpisuje się w wyznaczone przez nią ramy. Godzina 9.00 wszyscy muszą mieć chęć na malowanie, a o 13.00 koniecznie muszą chcieć liczyć. W przedszkolu jest prowadzony program zwracania uwagi na indywidualne potrzeby i umiejętności dziecka, ale mam wrażenie, że to tylko szumna nazwa a tak naprawdę pani chce stworzyć klony dzieci. Każde ma być takie samo.
Myślę, że dziecko jest z natury chętne do współpracy i do słuchania, tylko to dorosły musi do tego odpowiednio podejść i wejść z tymże dzieckiem w dialog. Jeśli dorosły przemawia z poziomu dorosłego, to nie ma na to szans. Trzeba być partnerem dla dziecka a nie chodzącym wszystkowiedzącym, który słowa sprzeciwu nie zniesie. Jest czas na bycie stanowczym i jest czas na ustępstwa, jest czas na konsekwencję i czas na przyznanie się do błędu.
Jedno jest pewne (pewne dla mnie, bo inni mogą mieć inne zdanie), trzeba wierzyć w swoje dziecko i wspierać i nie tylko o tym mówić ale także okazywać.
sobota, 25 października 2014
Jak ja tego nie lubię...
Jest coś, czego nienawidzę bardziej od szorowania brodzika i kuchenki...
....mycie lodówki. Nie do końca rozumiem tę niechęć, ale jest i nic tego nie zmieni.
No bo o co może chodzić? O to, ze trzeba wyjąć wszystkie artykuły, przejrzeć je i połowę wyrzucić, bo już niejadalne? O mycie wszystkich półek i szorowanie wnętrza? Przecież to nic takiego, a nienawidzę. Pociesza mnie tylko to, że mam lodówkę zwyczajną, taka jak w większości domów z czteroosobową bandą. A gdyby miała dwoje drzwi? Albo jeszcze gorzej, drzwi za drzwiami, jak to niedawno reklamowali. O matko!
Może warto, bym zmieniła nastawienie...
....mycie lodówki. Nie do końca rozumiem tę niechęć, ale jest i nic tego nie zmieni.
No bo o co może chodzić? O to, ze trzeba wyjąć wszystkie artykuły, przejrzeć je i połowę wyrzucić, bo już niejadalne? O mycie wszystkich półek i szorowanie wnętrza? Przecież to nic takiego, a nienawidzę. Pociesza mnie tylko to, że mam lodówkę zwyczajną, taka jak w większości domów z czteroosobową bandą. A gdyby miała dwoje drzwi? Albo jeszcze gorzej, drzwi za drzwiami, jak to niedawno reklamowali. O matko!
Może warto, bym zmieniła nastawienie...
czwartek, 23 października 2014
Kosmiczny chaos...
Niestety stało się tak, że moi rodzice nie przekazali mi w genach zamiłowania do porządku. To znaczy, może inaczej, ja porządek bardzo lubię, ale nie mam tego genu, który nakazywałby mi utrzymywanie chaosu w ryzach. Moje dzieci niestety odziedziczyły gen bałaganu po mnie, choć myślałam, że zadziała zasada co drugiego pokolenia, czyli moja dziatwa będzie mnie punktować, gdy zobaczy skarpetki na podłodze lub pajęczynę w łazience.
Nie udało się.
Jestem totalnie nieperfekcyjną panią domu, niechlubnym wzorem do programu PPD.
No to może się już odmelduję i umyję chociaż jeden kubek, zrobię sobie kawkę, poczytam, może jakieś kosmiczne natchnienie na mnie spłynie i ogarnę się trochę, w sensie że mieszkanie ogarnę:)
Nie udało się.
Jestem totalnie nieperfekcyjną panią domu, niechlubnym wzorem do programu PPD.
No to może się już odmelduję i umyję chociaż jeden kubek, zrobię sobie kawkę, poczytam, może jakieś kosmiczne natchnienie na mnie spłynie i ogarnę się trochę, w sensie że mieszkanie ogarnę:)
wtorek, 21 października 2014
Przedstawię się...
W punktach...będzie szybciej.
1. Chciałam nazwać bloga rogate stadko, bo dzieciaki to byki a ich rodzice to dwa barany...
jakkolwiek by to nie brzmiało. Taki w miarę standard 2+2.
2. Córka ma 6 lat, Syncio 4 lata.
3. Mój przyszły niedoszły o którym będę pisać mąż, mówi do mnie stara kozo, że niby pieszczotliwie, ale jako płeć żeńska dopatruję się w tym podstępu, bo niby co? Stara już jestem, czy może o zgrozo niegrzesząca mądrością (czytaj głupia). Zostawię to na razie.
4. Na dzieci za to mówi dwa borsuki, i tego już nie potrafię rozgryźć.
5. Od około 7 lat nie pracuję, taka była nasza decyzja, kiedy miało się pojawić na świecie pierwsze dziecko, a potem drugie.
6. Bardzo lubię czytać, choć molem książkowym -od momentu pojawienia się dzieci , nie mogę się już nazwać.
7. W sumie wiele się zmieniło od czasu ich narodzin...prawdę mówiąc mogę dzielić życie na dwa etapy, przed i po narodzinach. To prawie jak przed naszą erą i nasza era...
8. Nie jestem matką idealną, może nawet nie jestem matką bardzo dobrą, raczej wystarczającą.
Owszem okazuję dzieciakom tyle miłości ile potrafię, lubię spędzać z nimi czas, ale jeśli chodzi o zabawy, to jestem raczej leniwa.
9. Półtora miesiąca temu ruszyłam z własną działalnością. Pewnie pochwalę się moimi pracami;)
10. Nienawidzę gotować...choć obiady są w domu codziennie. To taka moja droga przez mękę;)
11. Bardzo lubię robić zdjęcia, choć specjalistka nie jestem i daleko mi do takiej. Czasem uda mi się jakieś zdjęcie, ale większość jest zdecydowanie zwyczajna.
12. Niestety siedzenie w domu rozleniwiło mnie i doba straciła część godzin, mam nadzieję, że dzięki firmie, blogowi i dotychczasowym zajęciom zacznę odzyskiwać wszystkie 24 godziny. Teraz często analizując dzień myślę sobie, że poza wyprawieniem dzieci do szkoły i przedszkola oraz pozbieraniem brudnych skarpetek z podłogi zrobiłam niewiele więcej.
13. Trzynastka wcale nie jest pechowa, czarnych kotów się nie boję, przejście pod drabiną też mnie nie przeraża:)
1. Chciałam nazwać bloga rogate stadko, bo dzieciaki to byki a ich rodzice to dwa barany...
jakkolwiek by to nie brzmiało. Taki w miarę standard 2+2.
2. Córka ma 6 lat, Syncio 4 lata.
3. Mój przyszły niedoszły o którym będę pisać mąż, mówi do mnie stara kozo, że niby pieszczotliwie, ale jako płeć żeńska dopatruję się w tym podstępu, bo niby co? Stara już jestem, czy może o zgrozo niegrzesząca mądrością (czytaj głupia). Zostawię to na razie.
4. Na dzieci za to mówi dwa borsuki, i tego już nie potrafię rozgryźć.
5. Od około 7 lat nie pracuję, taka była nasza decyzja, kiedy miało się pojawić na świecie pierwsze dziecko, a potem drugie.
6. Bardzo lubię czytać, choć molem książkowym -od momentu pojawienia się dzieci , nie mogę się już nazwać.
7. W sumie wiele się zmieniło od czasu ich narodzin...prawdę mówiąc mogę dzielić życie na dwa etapy, przed i po narodzinach. To prawie jak przed naszą erą i nasza era...
8. Nie jestem matką idealną, może nawet nie jestem matką bardzo dobrą, raczej wystarczającą.
Owszem okazuję dzieciakom tyle miłości ile potrafię, lubię spędzać z nimi czas, ale jeśli chodzi o zabawy, to jestem raczej leniwa.
9. Półtora miesiąca temu ruszyłam z własną działalnością. Pewnie pochwalę się moimi pracami;)
10. Nienawidzę gotować...choć obiady są w domu codziennie. To taka moja droga przez mękę;)
11. Bardzo lubię robić zdjęcia, choć specjalistka nie jestem i daleko mi do takiej. Czasem uda mi się jakieś zdjęcie, ale większość jest zdecydowanie zwyczajna.
12. Niestety siedzenie w domu rozleniwiło mnie i doba straciła część godzin, mam nadzieję, że dzięki firmie, blogowi i dotychczasowym zajęciom zacznę odzyskiwać wszystkie 24 godziny. Teraz często analizując dzień myślę sobie, że poza wyprawieniem dzieci do szkoły i przedszkola oraz pozbieraniem brudnych skarpetek z podłogi zrobiłam niewiele więcej.
13. Trzynastka wcale nie jest pechowa, czarnych kotów się nie boję, przejście pod drabiną też mnie nie przeraża:)
Subskrybuj:
Posty (Atom)